Kup teraz: KARTECZKI z notesików z lat 90 ZESTAW KRÓL LEW #10 za 10,00 zł i odbierz w mieście Mogilany. Szybko i bezpiecznie w najlepszym miejscu dla lokalnych Allegrowiczów.
Kup teraz: KARTECZKI z notesików z lat 90 ZESTAW KRÓL LEW #12 za 10,00 zł i odbierz w mieście Mogilany. Szybko i bezpiecznie w najlepszym miejscu dla lokalnych Allegrowiczów.
Na licytację wystawiam karteczki z notesików z lat 90. Bardzo piękne, żywe kolory, stan idealny. 勺 Cena wywoławcza 20 zł 勺 Licytacja trwa do 23.09 do Bardzo piękne, żywe kolory, stan idealny. 勺 Cena wywoławcza 20 zł 勺 Licytacja trwa do 23.09 do godziny 20 勺 Odbiór osobisty Tuszyn koło Łodzi
10 zł zniżki na pierwsze zamówienie w aplikacji: pobierz i odbierz zniżkę Sprawdź regulamin. Autobus Edukacyjny Cymbałki Organki Sorter Ksylofon Dla Dzieci Maluszka - MalPlay, w empik.com: 33,90 zł. Przeczytaj recenzję Autobus Edukacyjny Cymbałki Organki Sorter Ksylofon Dla Dzieci Maluszka. Zamów towar z dostawą do domu!
Kup Lata 90 w kategorii Kolekcje na Allegro - Strona 6 - Najlepsze oferty na największej platformie handlowej. Karteczki kolekcjonerskie z lat 90. 90, 00
Karteczki z notesików – to był dopiero szał! W szkołach były one nieoficjalną walutą i niezłym szpanem. W szkołach były one nieoficjalną walutą i niezłym szpanem. Już od najmłodszych lat miałam chyba duszę kolekcjonerki, bo zestaw karteczek miałam całkiem pokaźny.
nEiay.
Kiedy kończysz 28 lat (tak, tak, to dziś) i wiesz już, że trzydziestka coraz bliżej, a wszystko, co beztroskie już dawno za Tobą, nachodzi Cię wiele wspomnień z dziecięcych lat. Tak sobie dziś myślę, że lata dziewięćdziesiąte, to był ostatni fajny czas na dorastanie. Domyślam się, że ci młodsi ode mnie o 10 czy 15 lat też będą z rozrzewnieniem wspominać swoje szczenięce lata, ale obserwując, co dzieje się na przyblokowych podwórkach czy w Internecie, dochodzę do wniosku, że tego wszystkiego, co przeżywało moje pokolenie już nie da się teraz doświadczyć… Poza domem mogłam spędzać cały dzień. Razem ze swoją „bandą” wymyślałam tysiące rozrywek, które umilały nam czas na dworze. Zabawy w podchody i ganianego, latanie wokół trzepaka, zbijak, państwa-miasta, guma, skakanie przez piłkę, krycie się pośród górek, traw i krzaków w okolicy osiedla, kąpiele w rzece, budowanie szałasów, wspinanie na drzewa, gra w nogę, zabawy w „sklep” i chowanego, zimowe szaleństwa na stadionie Włókniarza, udawanie Spice Girls i Atomówek oraz dziesiątki radosnych gier, których nazw nie pamiętam, a które do dziś mam przed oczami. Mamy z okna wołały na obiad, na który ładowało się co najmniej kilka osób. Kiedy coś się chciało, nie dzwoniło się z komórki (te przecież wtedy jeszcze do nas nie dotarły), nie zawracało nawet głowy domofonem, tylko szło za blok i całą grupą darło „mama”. No i mama zrzucała, co było trzeba, albo spuszczała na sznurku, jeżeli to miała być kanapka albo coś do picia. Wśród moich „wyczynów” w tych latach było jeszcze odwiedzanie toalet sąsiadów z dołu, kiedy nie chciało mi się wspinać do siebie na samą górę. Nie żebym pamiętała tę swoją uroczą bezczelność, ale za to sąsiedzi nie zapomnieli. Szkołę się wtedy lubiło, bo podstawówka to był fajny czas. Na przerwach wymieniało się karteczkami z notesów albo segregatorów, naklejkami z lizaków, kartami telefonicznymi czy „historyjkami” z gum do żucia. Organizowało się szkolne dyskoteki i tańczyło „przytulane” z ziomkami z klasy albo szalało w kółeczku w rytm Bomfunk MC’s czy Backstreet Boys. Ze szkoły wracało się całą bandą, nikomu nie śpieszyło się na tyle, by jeździć autobusem. W końcu najfajniejsi wracali „na nogach”, po drodze często błądząc po okolicznych terenach i docierając do domu bardzo, bardzo późno. Do dziś mam u siebie segregator z naklejkami z „tamtych lat”. Najfajniejsze były „zielone szkoły”. Cy wyprawiało się na naszych – w Ustce, Krynicy Morskiej i Rabce (a właściwie „jakichś Ponicach”, jak pisałam zbulwersowana w swoim pamiętniku), to materiał na niezłą książkę. Do dziś, ilekroć spotykam kogoś z klasy, z nieustannymi wybuchami śmiechu wspominamy te swoje dzikie akcje i szaleństwa. Dziwię się, że nasi nauczyciele jakoś dawali radę nas okiełznać. Na ich miejscu nabawiłabym się nerwicy i zwariowała. Najcudowniejsze w tych czasach było to, że nie myśleliśmy nawet, że czegoś nam brak. Nie sądzę, aby nawet dziś, po latach, ktokolwiek z moich znajomych żałował, że w dzieciństwie nie miał konsoli, komórki czy Gadu-Gadu. Nawet jak ktoś miał Pegasusa albo Commodore, to korzystał z nich tak rzadko, że było to niezauważalne dla otoczenia. Byliśmy radośni, spędzaliśmy ze sobą całe dnie – przed szkołą, w szkole i po szkole, uprawialiśmy sporty podwórkowe i nikt nie chorował, nie słyszał o otyłości i lewych zwolnieniach z wuefu, a rany na kolanach leczył liściem babki przyklejonym na ślinę. Wsuwaliśmy czipsy, owoce prosto z drzewa, słodycze i oranżadki w proszku, zapijając to słodkimi napojami i żaden z rodziców nie miał paranoi na punkcie „eko”, „bio” i „bez glutenu”. Mimo tego byliśmy zdrowi, pełni energii i wyrośliśmy na silnych, normalnych dorosłych. Kilka wspominkowych fotografii. Z tamtych lat pozostały mi „Złote myśli”, całe pudła zdjęć, pamiętnikowe opowiastki i kupa wspomnień w głowie. Żal mi każdego, komu nie dane było spędzić takiego dzieciństwa, jakie my mieliśmy. Te wszystkie dzieci zamknięte w domach z niepracującymi mamusiami, które nie wypuszczały ich dalej niż pod dom; dzieci urodzone w czasach, w którym komunikacja zaczyna się i kończy na czatach i esemesach – coś fajnego je ominęło. Coś, co zarówno ja, moi przyjaciele z dzieciństwa, ale też nasi starsi bracia i rodzice (wychowani w równie interesujących czasach) – wspominać będą do końca swoich dni jako cudowne, beztroskie i ultrakolorowe lata. Szkoda, że nie można już do tego wrócić, bo to były piękne i niezapomniane dni! PS Przygotowałam kiedyś na Deezerze playlistę z ukochanymi hitami lat ’90, posłuchajcie, jeśli chcecie powspominać – Best of ’90. Przeczytaj również: Top 10: ulubione symbole dzieciństwa Jakim byłam dzieckiem? Pięć rzeczy, za którymi tęsknię najbardziej Smutna refleksja w dniu urodzin…
W redakcji Nie Tylko Gry nikt nie wyrzekł się przyjemności, jaką daje oglądanie filmów animowanych – realizowanych różnymi technikami, pod różnymi szerokościami geograficznymi i o różnej poetyce. Dzisiejszą datę potraktowaliśmy jako okazję do sprawdzenia żywotności wrażeń, jakie dawniej, dawno i nie tak dawno temu wzbudziły w każdym z nas ukochane animacje. Z sentymentem, co nie znaczy, że bezkrytycznie, dzielimy się z Wami naszym subiektywnym, okupionym wieloma kompromisami, zestawieniem 10 tytułów, które w wewnętrznym redakcyjnym głosowaniu uzyskały największą ilość punktów ogólnej Fantastyczny pan Lis (2009 r.)„Rudy ojciec, rudy dziadek, rudy ogon to mój spadek…” Ale nie tylko, bo dla bajkowo-baśniowych schematów istotniejszy jest zespół cech, jaki postać lisa predestynuje do roli oszusta i spryciarza. A że natura nie tylko wilka ciągnie do lasu, to i główny bohater animacji Wesa Andersona wyzyskuje swe przyrodzone zdolności w obliczu zagrożenia, które jego rodzinie i większej zwierzęcej społeczności szykuje triumwirat nienawistnych farmerów. Oszałamiająca techniką oraz ilością detali animacja poklatkowa, będąca też świetnym pastiszem fabuł traktujących o skoku na bank i wzorowym przykładem na to, jak dokonać stylowej i oryginalnej adaptacji (w tym wypadku skromnej objętościowo książeczki Roalda Dahla). Jednym słowem: fun-tastycznie!9. WALL•E (2008 r.)Według obiegowej opinii, spośród żyjących na Ziemi organizmów w wypadku katastrofy największe szanse przeżycia mają karaluchy. I faktycznie, to w osobniku tego gatunku znajduje towarzysza osamotniony w swym zadaniu uprzątnięcia dowodów ludzkiej, ekologicznej niefrasobliwości robot WALL•E. Jednak nie wspomniany owad, a inny, bardziej zaawansowany technologicznie robot o wymownym imieniu EVA przyda nowych odcieni rutynowym czynnościom i romantycznym ciągotom naszego mechanicznego bohatera. Iskra, jaka przeskoczy między ich układami scalonymi, okaże się też światełkiem nadziei dla odbywającej 700-letnią kosmiczną odyseję ludzkości. Wymowność „dialogów”, w których między robotami padają tylko ich imiona, poruszyła wielu z nas w prawdziwie pierwotny sposób. Nie wspominając o proekologicznej wymowie tego Gnijąca panna młoda (2005 r.)„Dopóki nas śmierć nie rozłączy…” Ha! Stop! A to niby dlaczego?! Victor van Dort podczas przygotowywania się do ślubnej przysięgi zyskuje szansę sprawdzenia prawdziwości tej formuły. W romantycznej makabresce Tima Burtona dochodzi do przewrotnej konfrontacji przyziemności (życie uwikłane między interesy podupadłej arystokracji i dorobkiewiczowskiego mieszczaństwa) i podziemności, której rekrutujący się spośród zmarłych mieszkańcy paradoksalnie bardziej cieszą się z …życia. Charakterystyczny Burtonowski sznyt, melancholia i czarny humor nie dyskwalifikują tytułu dla młodszego widza, a wrażenie przestrzenności plenerów, wnętrz i form, plastyczność barw – cóż, osobiście nie wydaje mi się, żeby ten całościowy efekt był możliwy do osiągnięcia przy zastosowaniu innej techniki, jak pieczołowita animacja poklatkowa, rozkładająca widza szczęśliwie tylko na przysłowiowe Zwierzogród (2016 r.)Antropomorfizacja to bodaj pierwszy, wręcz instynktowny zabieg poetycki, jaki stosujemy wobec rzeczywistości. Ze szczególnym upodobaniem stosujemy go wobec zwierząt, zatem cóż – w niektórych długo pokutuje wizerunek potulnej owieczki, chytrego węża, temperamentnego byka czy innych typów zamieszkujących „miejską dżunglę”. A gdyby uczłowieczone takim sposobem zwierzęta zrzuciły ezopowy płaszczyk? Z tym zagrożeniem musi zmierzyć się króliczo-lisi duet w kipiącym od cytatów z buddy movies i kina gangsterskiego Zwierzogrodzie. Przy tym wykorzystuje całą gamę sprowokowanych owym animizującym zabiegiem możliwości i sprawia, że, wedle zgodnej opinii, animowane futro jeszcze nigdy nie wyglądało tak naturalnie! W końcu nie szata zdobi człowieka… eee… tzn., nie futro czyni zwierzę – zwłaszcza w wypadku osobników, którzy „zerwali więzy bezrefleksyjnego dziedziczenia zdziczenia…”6. Shrek (2001 r.)W 2001 roku nad światem baśni przeszło tornado, które odebrało jego wielu świetnym przedstawicielom prawo do gwarantowanej prastarą obietnicą długiej i szczęśliwej emerytury i wrzuciło je na nowo w wyrosły w międzyczasie gąszcz postmodernistycznych reinterpretacji. Tak pozwolę sobie ująć fenomen, jakim jest Shrek, otwierający zupełnie nowy rozdział międzypokoleniowych produkcji, przy których dorośli nierzadko bawią się lepiej niż dzieci, z którymi przyszli na seans. Aluzyjność, błyskotliwe dialogi, zabawa konwencją eksploatująca wielopokładowe złoża humoru, a przy tym zachowanie tradycyjnego wartościowania – to wszystko stało się punktem odniesienia dla ciężkiej dziś do ogarnięcia liczby tytułów. W popkulturowej kartotece pojawił się on: wielki, zielony, nieokrzesany. I nie jest to Iniemamocni (2004 r.)„Rodzina nie cieszy, nie cieszy gdy jest, lecz kiedy jej nima…” to można paść ofiarą superzłola, zwłaszcza gdy jest się podtatusiałym superbohaterem. Ale podczas akcji ratunkowej więzi rodzinne umacniają się, kompleksy zostają pokonane, temperament poskromiony, rutyna niknie nieodwołalnie, sekretna tożsamość staje się wspólnym interesem. Fabuła garściami czerpiąca z tradycji komiksu superbohaterskiego, zarówno w pulpowym jak i ambitniejszym wydaniu (Strażnicy A. Moore’a). Jak być super i jednocześnie wiedzieć, że są sprawy, na które „nie ma mocnych”? No, przynajmniej dopóki nie podejdzie się do nich po Księżniczka mononoke (1997 r.)Zgłoszenie tego tytułu do plebiscytu wywołało w naszej redakcji dużo emocji. Zgodnie przyznaliśmy, że spośród wyłonionej dziesiątki jest to jedyna pozycja, przy której należy zastrzec, że skierowana jest dla widzów w wieku 12+. Wyniki głosowania świadczą jednak, że sama historia księcia Ashitaki i San, czyli tytułowej księżniczki mononoke (termin znaczeniem obejmujący wszelkie stworzenia reprezentujące świat niematerialny), jest nam bliska na tyle, iż nie można pominąć okazji do jej przypomnienia. Poetyka osadzonego w kulturze Japonii symbolicznego starcia sił natury i cywilizacji jest głęboka w humanistyczny sposób, a siła emocjonalna całości (i to nie tylko dla fanów anime) potężna, przy czym daleka od efektu wysokiej fali, załamującej się po epickim chluśnięciu. I pamiętajcie: jeżeli Peter Wohlleben zna się na sekretnym życiu drzew, to zapewne tylko dzięki duszkom Król lew (1994 r.)Parafrazując słowa klasycznej polskiej ballady rockowej: „karteczkowy szał, każdy z nas ich 500 miał”. Bo żaden inny film nie osiągnął tej skali popularności mierzonej ilością różnych wzorów kolekcjonowanych w połowie lat 90. karteczek z notesików. Oczywiście to nie jedyny rankingowy triumf disneyowskiego hitu, na którego nieśmiertelność złożyły się przede wszystkim dramatyczna, czerpiąca z szekspirowskich wzorców fabuła, wspaniały obraz afrykańskiej sawanny, no i wreszcie ta przepełniająca otuchą filozofia kontynuującego najlepsze slapstickowe tradycje duetu, czyli Timonowsko-Pumbiaste „hakuna matata!”. A piosenka „Krąg życia” wielu osobom wyniosła wspólne wszak wszystkim organizmom żywym prawa natury ponad wierzchołek piramidy (ex aequo) Spirited Away: W krainie bogów (2001 r.)Drugi w naszym zestawieniu film wytwórni Ghibli, tym razem już nie obwarowany cezurą wiekową, choć równie przepełniony demonologią i symboliką, tym razem skupiającą się wokół rodziny, dojrzewania i inicjacji. Nic nowego, nic szczególnego, ale wyjątkowe w obrazie, w tempie, w ujęciu, w całości. Lęki i wyzwania, jakim musi sprostać mała Chihiro, pragnąca odczarować swych przemienionych w świnie rodziców, dają obraz właściwy względności wydarzeń, zjawisk, stanowiących o sile tytułów sygnowanych nazwiskiem Hayao Miyazakiego. Klasyczna, ręcznie tworzona animacja, niespieszny rytm opowieści, poetycko senna atmosfera – coś przenikającego i dającego namiastkę tego, jak może smakować ów zakazany pokarm (ex aequo) 12 prac Asteriksa (1976 r.)Tak, to już tyle lat minęło! Jeszcze przed narodzinami któregokolwiek z członków naszej redakcji, dzielny żółtowąsy Gal wraz z nieodłącznym, dobrze zbudowanym (ktoś powiedział „gruby”?!) towarzyszem podjął się wyzwania mającego dorównać osiągnięciom mitycznego Heraklesa. Może to ten aspekt mitycznego, bo poprzedzającego nasze istnienie czasu, czyli już nie-czasu, już przestrzeni wspólnej, zdecydował o tak wysokiej lokacie? A może każdy z nas, w chwilach wydania na biurokracyjno-administracyjną pastwę, widzi się w roli Asteriksa rozprawiającego się z zastępem biurw i gryzipiórków? Dziś, jako większe dzieci, obróćmy gmach Systemu w perzynę, golnijmy sobie łyk podnoszącego krzepę napoju i schrupmy dzika. Nie? Dzika nie? Dlaczego? Jesteś dzikiem?Czy znaleźliście pośród naszych typów swoje ulubione tytuły? Jacy są wasi rankingowi kandydaci? Nasza „ławka rezerwowych” zdaje się nie mieć końca. Zapraszamy do komentarzy!
My, urodzeni w latach 80′ z rozrzewnieniem wpatrujemy się w to, co dzieje się na wybiegach mody. Co sezon widzimy, że coraz mocniej, coraz bardziej i z naprawdę wielkim impetem będziemy żałować, że nasze szafy z lat dziecięco-młodzieńczych są wspomnieniem. Patrzymy na bieliźniane sukienki, które do złudzenia przypominają te Courtney Love. Plecaki zdetronizowały torebki, a workery już dawno są na salonach. Łza się w oku kręci! Natchnione przeszłością, sięgnęłyśmy do albumów, pogrzebałyśmy w pamięci i znalazłyśmy dziesięć przedmiotów, o których marzyłyśmy. Które śniły się nam po nocach. Macie swoich faworytów? Dajcie znać, co Wam w duszach grało! 1/ Gazeta Bravo Czym była? Powiewem zachodu, zakazanym owocem, frapująca zagadką. W swym wnętrzu nie tylko posiadała fotosy naszych ulubionych gwiazd, ale także niezliczoną liczbę plakatów. To one tapetowały ściany naszych dziecięcych pokoi. To z Bravo dowiedzieliśmy się czym może skończyć się sex bez zabezpieczeń (ach, te listy do redakcji!) i to Bravo zabierało nas w świat fotoopowieści, gdzie cudownie ubrane niemieckie dzieciaki przeżywały swoje dramaty. W kioskach, co dwa tygodnie w czwartek. Dla wytrawnych graczy pojawiało się również Bravo Girl i Bravo Sport. Ciekawe czy młodsze pokolenie zdaje sobie sprawę, że potrafiliśmy korespondować z nieznanymi osobami, tylko po to by wymieniać się wycinkami o ukochanej gwieździe? O BSB, Kelly Family czy Spice Girls. Wzruszonam! 2/ Kultowe zabawki: Tamagochi i Furby W mojej szkole przynoszenie jęczących jajek w pewnym momencie zostało odgórnie zabronione. Podczas apelu zostaliśmy przywołani do porządku, a sankcję za przyniesienie Tamagochi były (ponoć) groźne. Tak, to prawda – podczas matematyki, środowiska albo historii wrzeszczały nam wszystkim głodne cyber zwierzaki. Nauczycielki dostawały szału. Każdy miał co najmniej jedno, a co najbardziej znamienne – nikt nie posiadał oryginalnego jajka, tylko urocze podróby. Gdy jedna z koleżanek zaś przytargała ze sobą włochatego Furbiego, już nikomu do śmiechu nie było. Ten włochacz był szczytem marzeń i luksusu, niemal tak pożądany jak wielki, plastikowy piórnik z kredkami, farbami, ołówkami, gumkami, który swymi gabarytami zazwyczaj przewyższał posiadacza. 3/ Ogrodniczki Nie było ważne jakiej muzyki słuchasz, bo czy to jesteś fanem hip hopu czy kochasz rocka, musisz nosić ogrodniczki. Chłopiec czy dziewczynka, bez wyjątku. Szerokie nogawki i krok w kolanach w wersji męskiej lub dla chłopczycy, wąskie i dopasowane dla tych dziewcząt (z 8 klasy!), które podkreślały krągłości. Kolor dowolny, ale najlepiej by były denimowe. Czasem niedbale spuszczone szelki, by dodać sobie odrobiny filuterności. W swej szafie prócz dwóch rodzajów spodni-ogrodniczek, posiadałam także sukienkę o tym samym kroju. Patrząc na Rihannę, która w spodniach roboczych chadza wyjątkowo często, do głowy przychodzi mi jedynie – sorry Riri, byłam pierwsza 😉 4/ Karteczki na wymianę i Złote myśli Dzwonek na przerwę, klaser pod rękę i zaczyna się handel. Dzisiaj najlepiej schodzą te z Królem Lwem, ale na białym tle. Kto ma notesik z najbardziej chodliwą karteczką ten jest królem szkoły. Pierwsze zetknięcie się z tajnikami ekonomii. Podaż i popyt. Zwłaszcza w sklepach z artykułami papierniczymi. Z resztą… Ledwo skończyła się moda na karteczki z notesików, a my już pod pachami mieliśmy segregatory i handlowaliśmy większymi formatami. A co podczas lekcji? Złote myśli, czyli niezliczona liczba pytań umieszczona w zeszytach wędrujących z rąk do rąk. Twoja sympatia? Podaj inicjały. Ulubiony zespół? Czy mnie lubisz? Wyjaw mi jakiś sekret… To standardowe zapytania! Obowiązkowo trzeba było się wpisać. Szokiem jest, że nikt nie wymyślił jeszcze aplikacji o podobnej konwencji! 5/ Buty Spicetek Żadna dziewczynka nie wyglądała w nich rozsądnie – chude nóżki, wielka koturna i lekko dziwkarskie zacięcie. Co z tego, jeśli rodzice byli przystawieni do muru. Podeszwy głównie w kolorowe pasy. Dominował granat, szarość i biel. Każda szanująca się fanka Spice Girls musiała je mieć. Nieważne, że znów oryginalne były całkowicie poza zasięgiem. Liczyło się tu i teraz. Doskonałe połączenie adidasków z rzeczonymi wyżej ogrodniczkami. Stylóweczka jak ta lala! 6/ Glany albo martensy Przeskok był bardzo prędki i zazwyczaj następował w wakacje. Jeszcze w czerwcu pląsałaś do Britney, a we wrześniu na nogach miałaś glany i byłaś najbardziej zbuntowaną ze wszystkich. Liczyła się stalkapa, możliwość przyszpanowania i towarzystwo starszych kolegów noszących znamiona przeróżnych subkultur. Znów tylko szczęściarze posiadali wymarzone martensy. Te podniecały mocno, bo były kolorowe i nie aż tak bardzo „toporne”. Choć będąc zupełnie szczerą – rangersy albo hd były równie kuszące i ustawiały posiadacza w szeregu „tych spoko”. Z resztą, swoją parę glanów (niestety nie pierwszą) mam nadal w szafie. Ku pamięci. W martensach chadzam nieustannie. 7/ Motyw NBA Wypisz wymaluj wszystko to co dzieje się na ulicach od co najmniej dwóch sezonów. Beanies i fullcapy z najlepszymi drużynami ligi. Koszulki koszykarskie jako fetysz każdej gwiazdy. Moda na NBA. Dokładnie tak jak wtedy, kiedy królem przestrzeni był Michael Jordan. Z resztą nadal nie został zdetronizowany. Nosiło się drużynę byków (MJ, Rodman, Pippen, i biały Kukoc), którzy pod wodzą Phila Jacksona sięgali gwiazd. Wówczas naprawdę interesowałam się koszykówką. Mogłam wymienić drużynę z każdego miasta. Edukowały mnie NBA Action, Pod Koszem i bezpośrednie relacje puszczane na TVN/Wizji TV. Natomiast mama nie godziła się, by jej córka posiadała strój koszykarski. Przeżywałam bardzo i w nagrodę dostałam koszulkę z Jordanem. Cuuuute! 8/ So grunge! Nie wiem, czy wolałam dziurawe spodnie i koszule w kratę, czy docierającą do każdej komórki mego ciała muzykę. Czułam, że panowie sercem z Seattle doskonale rozumieli, co w mej duszy gra. A jako nastolatce, to wiadomo – nikt mnie nie kocha, chcę umrzeć. Mniej więcej. Błękitnooki Cobain zawisł na mej klatce piersiowej (koszulki, bluzy, naszywki), na ścianie pokoju, ugrzązł w moim walkmanie. Wszystkie płyty, wszystkie teksty i całkowita nirvanomania. Oczywiście w koszuli w kratę. Wybłaganej od taty, w kolorze niebieskim. Albo zielono-białej. Czerwonej. Każda flanela była odpowiednia. Szkoły musiały wyglądać jak wielkie skupiska kloszardów i drwali. 9/ Fluo Etap wyglądania jak żarówka przypadł na czasy wczesnej podstawówki,a skumulował się na Zielonej Szkole. Neonowe żółcie, oranże, zielenie i róże. Kuse spódniczki i bluzki odsłaniające brzuch. Oto, jak nieświadome nimfetki, stroiły się na wieczorną „dyskę”. Na szyjach zawieszały tasiemki, które niemal je dusiły. Whatever. Człowiek chciał wyglądać jak milion dolarów. Zazdrościłyśmy Karinie, której mama i babcia szyły żarówiaste wdzianka i jej bluzeczki nigdy się nie powtarzały. Ach, co to był za trend! 10/ Jedzenie Czekoladowe gwiazdki Magic Stars, napój Frugo z super nowoczesnym kapslem, lody Schollera albo algidowska Kredka (bo tania!), chipsy Chio. Gumy Shock, piwo i EB, rogaliki Star Food, pierwsze zetknięcie z Danonkiem, prywatnie – baton sękacz i draże kokosowe, prażynki, Flipsy z królikiem, guma boomer, turbo i donald, lizak ze Spice Girls, mentosy, huba buba, bekonowe Pepisy. O czymś zapomniałam? Uff, się wtedy smakowało prawdziwych rarytasów. I popijało Vibovitem!
Dzień dziecka to idealna pora na to, by trochę się na blogu wyluzować i poruszyć temat łatwy, lekki i przyjemny. Oddaję się zatem wspomnieniom na swój własny temat i zapraszam do sentymentalnej wycieczki w przeszłość, pod hasłem: „jakim dzieckiem byłam”. Może po lekturze podzielicie się swoimi opowieściami? Mały geniusz – nie miałam skończonych czterech lat, gdy nauczyłam się płynnie czytać, grać w szachy i rozwiązywać zadania matematyczne. Zamiast godzinami oglądać bajki, wolałam odpalać na Commodore gry edukacyjne, czytać encyklopedie i słowniki, „bawić się” mikroskopem itd. Wojownik – regularnie tłukłam się z bratem, raz nawet odgryzłam mu kawałek skóry z przedramienia. Podobno wszczynałam również awantury o to, kto jest panią piaskownicy. Oczywiście miałam nią być ja, a nie jakieś małolaty. Łobuz – wspinanie się na drzewa i płoty, wkradanie na działki i pola budowy, podkradanie gum w sklepach, straszenie dzieci satanistami i „diabłem z czarnej limuzyny” – mhm, tak, to wszystko ja. Poszukiwacz przygód – organizowanie zabaw w podchody, przeszukiwanie „niezbadanych” terenów, budowanie szałasów, poszukiwanie zwierzątek, którym można nieść pomoc – wymyślałam tego całe mnóstwo, o nudzie nie mogło być wtedy mowy. Kaczkofan – od gazety „Kaczor Donald” byłam wręcz uzależniona. Kiedy wyjechałam na wakacje w kioskach pojawił się numer z mapą układu słonecznego i rodzice zapomnieli go dla mnie kupić. To, że do dziś pamiętam szczegóły tego okrutnego zdarzenia niech będzie dowodem na to, jak bardzo Donald był dla mnie ważny. Człowiek z misją – w którymś momencie swego dziecięcego życia nabrałam przekonania, że dorośli potrzebują przygody i radości. Wtedy też zaczęłam tworzyć mapy osiedla z oznaczonymi na nich miejscami, w których ukrywałam małe skarby. Te mapy podrzucałam ludziom na balkony i do skrzynek na listy, licząc, że ochoczo wyruszą na poszukiwania skarbów. Tancereczka – moje wywijanie w rytm przedstawionej poniżej piosenki stało się w rodzinie już legendarne: A poza tym to z miłości do tańca nie wyrosłam nigdy – na szkolnych i kolonijnych dyskotekach zawsze robiłam megashow! Przedsiębiorcza bestia – już w podstawówce dorabiałam sobie handlem perfumami własnej roboty (woda, trawa, płatki roślin, odrobina maminych perfum i takie tam) albo wydawaną przez siebie gazetką. Kasę trzeba było trzepać od małego, a co! Zbieracz – jak większość wychowanych w cudownych latach dziewięćdziesiątych zbierałam, co się dało: karteczki z notesików i karteczki do segregatorów, naklejki z lizaków, historyjki z gum, karty telefoniczne, bilety i wiele innych cudów. Marzycielka – na przestrzeni lat wymarzyłam dla siebie różne zawody: projektantka mody, archeolog, botanik, piłkarka, nauczycielka polskiego, dziennikarka – coś tam z tego w głowie zostało, skoro skończyłam polonistykę i robię to, co robię. Ściemniacz – miałyśmy z przyjaciółką dość dziwne zajęcie. Notowałyśmy w kalendarzach mnóstwo aktywności fizycznych w stylu zawodów jeździeckich, turniejów piłkarskich/siatkarskich/tenisowych itd., po czym opowiadałyśmy o nich na głos w tłumie ludzi. Tak, jakby ktokolwiek miał uwierzyć w prawdziwość dialogu: „Karolino, musimy się dziś spakować, coby jutro o 10 być na korcie tenisowym, o 15 na turnieju siatkówki, a wieczorem zaliczyć ten zaległy trening karate”, „Masz rację Klaudyno, szczególnie, że w środę o 12 czeka nas nasz wielki wyścig kolarski, a o 16 zajęcia z szermierki”. Hihi, haha! Kibic – miłość do sportu jest u nas rodzinna, zatem kibicowaniem trudniłam się od małego. Mieszkanie w sąsiedztwie stadionu żużlowego pozwalało na ciągłe bywanie na treningach i meczach. Niesamowite, ale do dziś pamiętam, jak zachowywałam się na stadionie i jak silne emocje już wtedy to u mnie wywoływało. „Pływak” – do dziś nie mam pojęcia, dlaczego weszłam do gigantycznej kałuży i pływałam w niej, by podawać ludziom rzucane przez nich puszki… /w tym momencie zaśmiewam się i przybieram pozę 'facepalm’/ A teraz jestem mamą… Dzieciństwo uleciało tak błyskawicznie i teraz może być już tylko wspomnieniem. Mam nadzieję, że moja Zońka za kilkanaście-kilkadziesiąt lat będzie mogła z podobnym sentymentem i uśmiechem błąkającym się po twarzy wspominać swoje dziecięce lata. Bardzo żałuję, że świat zmienił się aż tak bardzo, bo każdemu życzyłabym wychowywania się w barwnych latach dziewięćdziesiątych, kiedy dzieciaki spędzały 2/3 doby na podwórku – bez laptopów, tabletów, ajfonów i innych cudów, które tak bardzo je teraz absorbują. Mogę chcieć wychowywać dziecko bez współczesnych bajerów, ale wiem, że to się nie uda – tak jak ja byłam dzieckiem swoich czasów, tak i Zońka będzie dopasowana do miejsca i czasu, w którym przyjdzie jej dorastać. Mam tylko nadzieję, że odziedziczy po mnie choć odrobinę ciekawości świata i chęci nieustannego poszerzania wiedzy, a po tacie niebywałe umiejętności rysunkowe. To takie fajne móc chłonąć wszystko, co oferuje nam świat… Jeżeli chcecie więcej sentymentalnych wycieczek w przeszłość, przypominam o bardzo dawnym rankingu: Top 10: ulubione symbole dzieciństwa i przygotowanej przeze mnie playliście Best of ’90 – najlepsze piosenki lat dziewięćdziesiątych. Teraz Wasza kolej! Jakimi byliście dzieciakami? ]]>
karteczki z notesików lata 90